SAMODZIELNA PRACOWNIA INFORMACJI OBRAZOWEJ
Marek Ostrowski
tel. kom. (+48) 602 760031
SAMPER sci-art

www.samper.pl
SAMPER LOGO

SZTUKA SYNTEZY

Oblicze Sawy to próba stworzenia wizerunku wielkoprzestrzennej struktury miasta i rządzących przestrzenią ogólnych zasad na podstawie okruchów i detali dostrzeżonych w codziennych obserwacjach. Sawa, jak to kobieta, jest predysponowana do dostrzegania szczegółów i syntetyzowania ich z wdziękiem w jeden obraz. Mimo że zdjęcie lotnicze z natury obejmuje szeroką przestrzeń, tym razem nie będzie ono podstawą wyciągania szczegółowych wniosków z ogólnych przesłanek jak w albumie Spojrzenie Warsa, ale odwrotnie - samo będzie szczegółem, który stanie się albo punktem wyjścia do tworzenia wyobrażenia miasta, albo będzie dobudowywany do innych, już funkcjonujących w naszej pamięci. Dlatego też narracja tego albumu przyjęła formę spaceru wzdłuż alej samobudujących się z przypadkowych zdarzeń, miejsc, obiektów, spotykanych po drodze osób i zjawisk. Z tych, niekiedy chaotycznych i losowych, doświadczeń i obserwacji tworzymy wyobrażenie całości - wyobrażenie jednego z wielu obliczy miasta.

Zobaczyć miasto całościowo można tylko będąc poza nim - z pozycji Warsa. Z pozycji Sawy, tkwiąc wewnątrz układu, możemy jedynie ze szczegółów stworzyć jego wyobrażenie.

Wnioskowanie racjonalne często odwołuje się do intuicji - niewerbalnej inteligencji. Przetwarzanie informacji odbieranej intuicyjnie odbywa się w najstarszych ewolucyjnie częściach mózgu, często poniżej progu świadomości. A przecież ustawia i weryfikuje nasze racjonalne, uświadamiane myślenie.

Jednym z naturalnych mechanizmów syntezy i uogólnienia informacji, wbudowanym głęboko w molekularne struktury biologiczne, jest zjawisko powstawania obrazu. Obraz jest jednym z najsprawniejszych systemów syntezy informacji znanych w przyrodzie. Tworzenie oblicza miasta z zapamiętanych szczegółów jest właśnie takim, dokonującym się krok po kroku, procesem tworzenia syntezy - wyobrażenia miasta.

Prawo ogólne nie musi być uniwersalne. Czy sprawność naszego mózgu: jego zdolność do archiwizacji milionów czy miliardów danych i niezbędna do syntezy sprawność generalizacji jest wystarczająca do stworzenia obrazu miasta na drodze wnioskowania indukcyjnego? Obrazu, który zamiast żmudnego gromadzenia i syntetyzowania danych uzyskujemy w naturze poprzez zmysły jednym spojrzeniem - "jednym rzutem oka". A może wnioskowanie indukcyjne to uprawdopodabnianie, na przykład możliwości i kierunków rozwoju? W tym przypadku wnioskowanie dedukcyjne i indukcyjne odnosiłyby się raczej do relacji czasowych: odczytywania przeszłości i przewidywania przyszłości.

Zamieszczone w albumach obrazy lotnicze - optyczna synteza informacji o przestrzeni - to jednocześnie poszukiwanie tożsamości: poprzez bezpośrednią analizę obrazową, jak również konfrontację z naszą wiedzą, naszą intuicją i doświadczeniem z perspektywy "ziemian".

Mam nadzieję, że czytelnik, zainspirowany treścią obrazów, włączy się w tę przygodę tworzenia oblicza miasta i odbędzie jedną z podróży, być może swoich marzeń. Wszak całe nasze zmysłowe widzenie jednym rzutem oka - widzenie obrazami - jest właśnie syntezą wnioskowania indukcyjnego inspirującego do odkryć i uogólnień.

Ale poza tym wszystkim jest to zwykła książka o Warszawie. Spacer jej ulicami i zaglądanie w zaułki.

SŁONECZNY ZEGAR ZYGMUNTOWSKI

Zegar słoneczny to znany od starożytności jeden z systemów odmierzających czas. Jego wskazówka (gnomon) wskazuje kierunek (azymut) z którego świeci Słońce , a długość rzucanego cienia przekłada się na wysokość nad horyzontem.

Słońce przemieszcza się po niebie nie po równiku niebieskim, lecz po ekliptyce. Na dodatek ruch Słońca po ekliptyce jest niejednostajny na skutek niejednostajnego ruchu Ziemi po orbicie eliptycznej. W wyniku tego różnica między położeniem Słońca średniego i Słońca prawdziwego przełożona na jednostki czasu sięga kwadransa.

Odległości kątowe pomiędzy godzinami nie są jednakowe, ale cień słońca w południe prawdziwe zawsze jest skierowany na północ, a o godz. 6 i 18 odpowiednio na zachód i na wschód przy założeniu, że w skazówka stacjonarnego zegara słonecznego jest skierowana w północny biegun niebieski.

Zegar słoneczny wskazuje prawdziwy lokalny czas słoneczny , który różni się od czasu urzędowego. Polska należy do strefy czasowej środkowoeuropejskiej, której czas związany jest z 15 południkiem. Położenie Warszawy na wchód od tego południka powoduje, że południe (i każda godzina) jest 24 minuty wcześniej niż wskazują nasze zegarki. Południe w Warszawie jest około godziny 12:36 czasu letniego i 11:36 czasu zimowego.

Na zdjęciu (2000 r.): Aby zegar słoneczny wskazywał dokładny czas niezależnie od pory roku jego wskazówka, której cień wskazuje położenie Słońca, powinna być nachylona i skierowana w biegun świata ku gwieździe polarnej. Tak ustawiony słupek-wskazówka zegara nazywany jest polos. Kolumna Zygmunta III nie spełnia tego założenia, stoi bowiem pionowo. Jeżeli jednak uważnie spojrzymy pod nogi i dostrzeżemy jej cień, jesteśmy o krok od stworzenia zegara słonecznego.

Projekt wizualizacji idei zegara słonecznego przy pomocy zdjęć lotniczych (projekcji cienia kolumny Zygmunta III Wazy przemieszczającego się na tle placu Zamkowego) wymagał wykonania co pełną godzinę prawdziwego czasu słonecznego, począwszy od świtu do zmierzchu, kolejnych 15 lotów w ciągu jednego dnia. Każdy z poszczególnych lotów wymagał kilku bardzo precyzyjnych nalotów z dokładnością przestrzenną do 1 m , aby przelecieć dokładnie nad kolumną, i wyzwolenia migawki precyzyjnie tylko w jednym momencie. Cienie z wybranych zdjęć z poszczególnych lotów nałożono na zgeneralizowane zdjęcie placu Zamkowego.

W ten sposób powstał Zygmuntowski Zegar Słoneczny - być może kolejny symbol Warszawy. Odmierza on własny czas podporządkowany prawom natury, a nie człowieka. W jego rytm plac zaludnia się i pustoszeje. Od ponad 400 lat odwzorowuje się też finezja architektoniczna pomnika zwieńczonego postacią króla na szczycie. Bez względu na kierunek obserwacji, i odpowiadający mu rzut cienia, jest jednakowo czytelna i urzeka pięknem i kompozycją. Niewiele pomników ma tak doskonałą formę architektoniczną.

OGRÓD SASKI

Zaprojektowane z rozmachem barokowe założenie urbanistyczne miasta - Oś Saska identyfikowana jest współcześnie przede wszystkim z parkiem - Ogrodem Saskim. To jeden z bardziej znanych parków stolicy. Ulubione miejsce wytwornych spacerów w atmosferze historycznego piękna i wspomnień po Instytucie Wód Mineralnych, Wielkim Salonie, Operalni, wśród ustawionych wzdłuż głównej alei symbolicznych rzeźb ogrodowych, czy u podnóża istniejącej do dziś wieży ciśnień w formie świątyni Tivoli na sztucznym wyniesieniu. Kiedyś zaprojektowany w stylu francuskim, potem angielskim, dziś w stylu mieszanym.

Na zdjęciu (2000 r.): Oś urbanistyczną wyznacza główna aleja przecinająca park. Na nią są nanizane: fontanna z okresu pierwszego wodociągu Henryka Marconiego oraz fragment kolumnady dawnego pałacu Saskiego - obecnie Grób Nieznanego Żołnierza. Oś saska została wybita też na granitowych płytach placu butami żołnierzy pełniących warty honorowe, co widać dopiero z powietrza.

Wnikliwe oko dostrzeże na zdjęciu jeszcze dziesiątki innych, równie ciekawych detali wiele mówiących o codziennym życiu miasta. Dwa z nich pokazane są na następnych stronach. Powiększone układają się w galerię autonomicznych obrazów - Galerię Ogrodu Saskiego. Interesujące, że obrazów tej galerii nie ogląda się w jednym narzuconym ciągu, ale spacerując po parku od jednego szczegółu do drugiego, jak po szachownicy, w dowolnej kolejności i układzie. W zależności od przebiegu trasy tworzą się nowe układy treściowe i interpretacje. Dotychczasowe szczegóły, wydobyte z cienia kontekstu obrazu, przekształcają się bowiem w odrębne byty. I jak brzydkie kaczątko z baśni Andersena nabierając samodzielności emanują własnym pięknem. Niektóre wywołują refleksje o bardziej ogólnym charakterze.

GRUSZA NA SZLAKU KRÓLEWSKIM

Równie cennym zapisem przeszłości, jak rutynowo postrzegane zamki, pałace, kościoły czy osie urbanistyczne, są niektóre tradycyjne szlaki komunikacyjne. Ich przebieg również powinien podlegać ochronie konserwatorskiej. Tymczasem w Warszawie, poza Traktem Królewskim i Brzeskim, inne są praktycznie nieznane lub zapomniane.

Przestrzeń, a w niej geometrię sieci ulic, tylko z lotu ptaka ocenić można jednym rzutem oka wyłapując jednocześnie wszelkie anomalie w jednorodnym uporządkowaniu. Te odstępstwa stanowią często o indywidualizmie ulicy i jej niezwykłej historii, która nie poddała się kolejnym nowelizacjom przestrzeni. Inny natomiast obraz powstaje z obserwacji szczegółów z bliska, które układamy sobie w syntetyczne wyobrażenie opisujące nie tyle sam geograficzny przebieg trasy, ile jej społeczną akceptację. Okazuje się bowiem, że ważny jest nie tylko układ sieci ulic, ale w równym stopniu emocjonalny związek ludzi z ulicą. On z kolei decyduje, czy ulice żyją, i dzięki nim - całe miasto. Ulice łączą domy i osiedla i one spajają, a nie dzielą całe miasto. O tym, czy miasto istnieje czy nie, nie świadczą obiekty ani architektury, ani urbanistyki, ale przede wszystkim dostrzegane wypełnienie i pulsowanie ludzką obecnością i aktywnością wolnych przestrzeni między nimi.

O szlakach komunikacyjnych powinno się więc myśleć jednocześnie w kategoriach tradycji historycznej, geometrii układu powiązanego ze sprawnością komunikacji, i wreszcie z akceptacją społeczną.

Współczesny układ ulic w Warszawie kształtowało wiele czynników, które zniszczyły ślady ważnych traktów historycznych. Tymczasem niektóre z nich warto przywrócić do życia. Odtworzenie na przykład szlaków związanych z polskimi konstytucjami znanymi w całym świecie, które wiążą się ściśle z Warszawą, byłoby nie tylko kształtowaniem tożsamości, ale może przyczynić się do porządkowania przestrzeni miasta poprzez zapis w jego strukturze wyraźnej idei. Obecnie przestrzeń Warszawy jest w znacznym stopniu nie tyle nawet przypadkowa, co nijaka, nie charakterystyczna, niekiedy wręcz bez możliwości identyfikacji.

Wyróżnikiem ulicy, w konsekwencji znakiem tożsamości, nie staje się, niekiedy nadęta, nazwa, lecz autentyczny detal wpisany w trotuar, skrzydło bramy, dom o zwracającej uwagę formie, wydarzenie, związana z ulicą postać lub sklep, które na stałe wpisują się w świadomość warszawiaków. To osobiste oblicze ulic dostrzeżemy wyłącznie w bezpośrednim kontakcie.

Takim symbolem mogą być nawet drzewa-samosiejki. Rywalizują nie tylko o przestrzeń, ale i ścigają się z czasem i losem, by zakorzenić się w przestrzeni i świadomości ludzkiej przed usunięciem, bo tylko to da szansę na dalsze życie. Są zjawiskowe i pełne symboliki jak dzieła sztuki. Jedną z nich jest zwykła grusza - grusza warszawianka. Jedyna na długim odcinku ulicy Nowy Świat pozbawionym jakiejkolwiek naturalnej zieleni. Jesienią soczyste, dojrzałe i pachnące jak z czasów dzieciństwa, gruszki spadają na chodnik i przechodniów, ale nikt nie odczuwa potrzeby i nie ma śmiałości jej wyciąć.

W rzeczywistości to szczegóły tworzą i rozbudowują miasto. Gdy spoglądamy na oblicze miasta z dużej wysokości widzimy efekt, ale nie dostrzegamy składowych, które istnieją jedynie z bliska w ulicznym makrokosmosie.

Na zdjęciu (2004 r.): Historyczny Trakt Królewski utrwalony jest w geometrii przebiegu ulic Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Jego rangę podkreślają pięknie odrestaurowane kamieniczki. To ulubiona trasa komunikacyjna i spacerowa mieszkańców miasta. Gdyby jednak zapytać się, co stanowi element tożsamości tego ważnego historycznego szlaku wielu powie: cukiernia Bliklego i grusza przy Ordynackiej.

OBRAZ I DŹWIĘK

Szum wody dla większości jest dźwiękiem, który wpływa na nasz organizm modyfikując rytm procesów biologicznych i psychicznych. Szemrzący potok między kamieniami w parku Ujazdowskim, spokojne fale Wisły tonują i wyciszają. Gwałtownie i nieregularnie wyrzucane strumienie wody w fontannie na dziedzińcu Metropolitan i przy cokole syrenki staromiejskiej wyraźnie pobudzają.

Takie samo oddziaływanie na organizm mają zjawiska odbierane przez wszystkie inne zmysły odczytywane jako obrazy, kolory (to osobna cecha rejestrowana przez zmysł wzroku), dźwięki czy smaki.

Przeciwstawiając często myślenie naukowe artystycznemu nie uświadamiamy sobie, że jedno i drugie jest ... bardzo racjonalne. Tyle tylko, że pierwsze można traktować jako formę uświadamianego porządkowania informacji. Drugie natomiast jest formą przetwarzania informacji w kategoriach harmonii na poziomie podświadomości. Dlatego też treść dzieła naukowego znamy, a treść dzieła sztuki odczuwamy. Oba jednak doznania wspólnie nakładają się i stanowią bazę naszej wiedzy o środowisku.

Jednoznaczne odczuwanie barw, smaków, zapachów, dźwięków wydaje się oczywiste, dopóki każdej z tych informacji dedykowane są w mózgu oddzielne drogi przetwarzania. Może się jednak zdarzyć, że informacja o dźwięku albo kształcie, albo czymkolwiek innym, dzięki biochemicznemu spięciu zostanie skierowana do kanałów niosących informacje o kolorach. Wówczas jedne odczucia zmysłowe zostaną zamienione i zastąpione innymi. Można wówczas smakować lub słyszeć kolory, widzieć dźwięki lub kształty. Każdy zapach czy dźwięk może mieć własny, rzeczywiście widziany kolor lub charakterystycznie smakować, jeżeli te dwie ścieżki przekazu informacji nałożą się na siebie.

Synesteci, w mózgach których powstają te zjawiska niezwykłe i niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka, mogą widzieć Warszawę w zupełnie odmienny, jeszcze bardziej wysublimowany sposób, niż my. Czy takie widzenie/słyszenie/smakowanie nazwalibyśmy genialną sztuką czy też defektem i opisalibyśmy językiem naukowym?

Na zdjęciu (1997 r.): Fragment osiedla na Wawrzyszewie.

Monochromatyczny obraz odczytywany graficznie jako dzieło sztuki. Dopóki nie rozpoznamy czym jest, będziemy odbierali go w kategoriach estetycznych. Dla synestetów sama forma sześcioramiennej gwiazdy mogłaby wywoływać wrażenie koloru na przykład granatowego lub słyszenie określonego dźwięku czy frazy. Gdy intelektualnie rozpoznamy na zdjęciu fontannę nie tylko racjonalnie zanalizujemy treść obrazu, ale być może usłyszymy szum wody i wiatru marszczącego powierzchnię wody. Do odbieranej zmysłem wzroku harmonii obrazu dołączy bowiem z zasobów naszej pamięci uspokajająca, lub nie, harmonia dźwięku. Ten dźwięk może u niektórych pojawić się z kolei niespodziewanie w określonym indywidualnie kolorze, który nałoży się na obraz w postaci barwnych punktów pulsujących w rytm niesłyszalnej muzyki. Muzyka pojawi się w konkretnych miejscach obrazu związanych na przykład barwą lub jej nasyceniem. I w ten sposób ukształtuje się w naszym mózgu przedstawienie: obraz, dźwięk i kolor, jakiego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. A to tylko przypadkowe przekierowania sygnałów w mózgu generują wyjątkowość szeroko pojętego odbioru informacji zmysłowej i tworzonego wyobrażenia.

I jak tu budować wiarygodne oblicze miasta, jeżeli jednoznaczność sygnałów nie ma jednoznaczności w ich odbiorze?

PLAC SŁONECZNY

Jedno z tych szczególnych miejsc pozwalających nawiązywać bezpośredni i intymny kontakt z miastem i wnikać do jego wnętrza. W przestrzeni miasta są licznie rozrzucone, ale bardzo małe przestrzennie, i często krótkotrwałe, takie właśnie bramy - miejsca przejść z zewnętrznej powłoki do wnętrza organizmu, które musimy sami odkrywać i otwierać. Żyjąc w mieście pozornie tylko żyjemy w jego wnętrzu. W rzeczywistości ślizgamy się w codziennym pośpiechu po jego powierzchni nie zagłębiając się w jego treść. Codziennie przemieszczamy się koło tych bram, ale jak często znajdujemy czas i chęć, a niekiedy i zainteresowanie, aby zagłębić się w nie i przejść na drugą, refleksyjną stronę lustra? Przejść do tego miasta, które jest cząstką nas - to tak, jakbyśmy starali się wejść sami w siebie.

Jeden z urokliwych zaułków na starym Żoliborzu, do którego warto zabłądzić. Ot, zwykły okrągły plac z drzewem - klonem srebrzystym - po środku. A na obwodzie placyku tuzin małych zatopionych w zieleni willi. Kwintesencja spokojnej architektury, przestrzeni odsuniętej od gwaru miejskiego, lokalnych uliczek, na których wszyscy mówią sobie dzień dobry.

To jedno z tysięcy tych miejsc, których szukamy często przez całe życie i nie zawsze znajdujemy, pozwalających na nawiązywanie z Warszawą bezpośredniego osobistego kontaktu.

Na zdjęciu (2001 r.): Plac Słoneczny. Drzewo posadzono przed wprowadzeniem się właścicieli do domów wokół placu. Wydawało się, że cień drzewa będzie w słoneczne dni co godzinę zaglądał do kolejnego z dwunastu ogródków, kładł się cieniem na kolejny dom wyznaczając godziny i regulując rytm życia właścicieli domów przy placu Słonecznym.

Niestety zamiast smukłego drzewa klon przekornie rozrósł się w szerokość stając się mało miarodajnym i mało dokładnym wskaźnikiem czasu.

Ale czas i tak płynie tu spokojnie, a dni, może dzięki nazwie placu i usposobieniu mieszkańców, są stale słoneczne.

 
© 2017 SAMPER / SCI-ART